Jeszcze wczoraj- przedwczoraj cieszyłam się, że moje najstarsze dziecko za kilka dni będzie miało obronę licencjatu, toczyły się dyskusje jak i gdzie robić magistra. A tu pstryk- bomba z opóźnionym zapłonem. Okazało się, że obrony nie będzie, dalszych studiów nie będzie, a może nawet zgodnie z życzeniami pewnego kandydata na prezydenta sprzed lat paru "nie będzie niczego".
Co się stało? Otóż z ostatnich 8 egzaminów Kuba zdał 2, reszta nawet w poprawkach nie poszła. Ma jeszcze termin ostateczny, ale zrezygnował. Bo i tak się nie uda. Bo już ma dość studiowania, jest za głupi i się nie nadaje. Bo studia nie są wcale potrzebne, żeby radzić sobie w życiu. Bo teraz spróbuje czegoś innego, zdobędzie konkretny zawód.
Jestem w kropce. Z jednej strony doskonale wiem, że to wszystko wierutne bzdury, próbuję namówić do jakiejkolwiek próby skończenia tych studiów, nawet gdyby miało się to wiązać z powtórzeniem roku, staram się spokojnie i rzeczowo przedstawiać argumenty, mówić szczerze i bez ogródek, jak ja to widzę i co mi się w tym wszystkim podoba, a co nie, jakie widzę alternatywy. W końcu mam nieco więcej lat, większe doświadczenie życiowe, mogę spojrzeć z dystansu, wiele razy byłam w sytuacji, kiedy wspólnie szukało się najlepszego rozwiązania. Z drugiej strony- rozumiem, że nie jest to sytuacja komfortowa, że można się załamać, że czasem człowiek zabrnie zbyt daleko i nie widzi żadnej możliwości rozwiązania problemu nawet z pomocą innych.
Trochę się sobie dziwię, że tak dość spokojnie podeszłam do tematu. Owszem, w środku mi się wszystko kotłuje, boli jak cholera, zarzucam sobie, że nie zauważyłam nic wcześniej (ale jak miałam zauważyć?), że kiepska ze mnie matka. Jestem rozczarowana, bo tak się starałam, inwestowałam w edukację, zapewniałam najlepsze możliwe warunki, wspierałam, pomagałam, miałam nadzieję, na sukcesy, a tu taka klapa. Ale co mogę innego zrobić? Poza prośbą i tłumaczeniami nic więcej. Między innymi otrzymałam "dobrą" radę, żeby zagrozić odcięciem od jakiegokolwiek finansowania teraz i w przyszłości. Nie wiem co będzie w przyszłości, ale teraz taka groźba nic nie da, w sumie są niezależni finansowo i radzą sobie. Może kiedyś tam przyda się wsparcie przy kupowaniu mieszkania o ile do tego w ogóle dojdzie, ale nie jest to według mnie dobry argument. Bo jak to tak- za karę, że nie studiujesz to ja ci nie pomogę?
I jeszcze jeden problem z tym związany, chyba najbardziej mnie bolący. Jak zareaguje moja mama, kiedy się o tym dowie. Oj, tego się najbardziej obawiam. Odchoruje to niewątpliwie, dużo mniejsze problemy zazwyczaj powodowały ogromny stres, bezsenne noce, płacze, zamartwianie.
A już było tak dobrze, tak się wszystko układało. Jak widać nie można zbyt szybko się cieszyć spokojem, los bywa przekorny. Choć czasem się zastanawiam, co ze mną jest nie tak, że udaje mi się w miarę spokojnie, przynajmniej na zewnątrz, przetrwać te wszystkie zawirowania. Ktoś patrzący z boku mógłby powiedzieć, że nie ma we mnie żadnych ludzkich uczuć i emocji. Możliwe. A może po prostu jestem bombą z opóźnionym zapłonem? I jak wybuchnę, to zmiotę z powierzchni ziemi większość otoczenia?
